—— Życie jako wrastanie świat ——

Przejmujące, acz nie uświadamiane wprost, doświadczenie wzrostu, przede wszystkim w sensie witalnym, ale również w sensie psychicznym, poznawczym itp. pozwala, być może, lepiej zrozumieć sens ludzkiego istnienia. Poczucie wzrostu jest naszym pierwotnym i podstawowym doświadczeniem istnienia. Grecki świat idei, apoteoza niezmienności, potrzebny był głównie po to, by pojąć wzrastanie.

Z roku na rok stajesz się coraz większy, nie tylko szybciej i pewniej biegasz, ale coraz większym staje się krąg oswojonego świata, nie tylko coraz więcej twoje ręce potrafią unieść, ale i coraz więcej wiesz i rozumiesz, coraz więcej pamiętasz. Twój świat staje się szerszy, głębszy, bogatszy. Poczucie tego wzrastania jest nie tylko źródłem entuzjazmu, ale i szczególnej nadziei – tu obiecuje się nam cały niemal świat. Nabyte w okresie witalnego wzrastania poczucie wzrostu towarzyszy człowiekowi, jako ciągła potrzeba, również w okresie „powzrostowym”, tyle że niczego tu już w sposób naturalny nie przybywa. Z roku na rok już nie rośniesz, nie masz szybszego kroku, silniejszej ręki i nikt już nie zadziwia się twymi postępami. Masz za to coraz więcej przedmiotów, szybszy samochód i większe wpływy. To ci zaproponowano jako kontynuację naturalnego wzrastania i zaspokojenie rozbudzonej przez jego poczucie potrzeby. Sądzisz przeto, iż dalej „rośniesz”, a tymczasem stanąłeś w pół drogi nie wrósłszy dostatecznie głęboko w świat. Twój czas już tylko cię zużywa.

Świadomość wzrostu, potrzeba poczucia wzrostu są czymś specyficznie ludzkim. Nasze wzrastanie witalne i jego odczuwanie to w swym ciężarze niemal połowa, a czasem nawet więcej niż połowa naszego życia. Dla zwierząt ten problem nie istnieje. Stosunek fazy wzrastania do całości ich życia jest wielokrotnie niższy. Toteż poczucie wzrostu jest dla nas owym szczególnym źródłem entuzjazmu, natomiast zanik tego poczucia przyczyną apatii.

Jednakże wzrost fizyczny, witalny jest jedynie – jak rakieta wynosząca statek kosmiczny poza sferę przyciągania ziemskiego – podłożem, niezbędnym środkiem dla wzrostu duchowego, a ściślej mówiąc, etycznego, rozsadzającego naturalną skorupę egocentryzmu. Fazie stagnacji i regresu witalnego wcale więc nie musi odpowiadać regres duchowy. Jeśli  nie traci się z oczu celowości wzrostu witalnego, mianowicie, owego bycia podłożem dla wzrostu duchowego, widać, iż poczucie to posiadać może swój naturalny pokarm. Ci niezbyt liczni, którym dane było nie zaprzestać istotnego wzrastania wraz z zakończeniem procesu wzrostu witalnego, którzy wyrośli w ludzkie olbrzymy (tym większe, im mniej widzialne), wiedzą, iż jest ono nieustannym przekraczaniem granic, odkrywaniem coraz to szerszych wspólnot.

Owo wyrastanie z siebie, myślą i czuciem, jest – z drugiej strony – wrastaniem w świat, w jego dostępną myśli i czuciu istotę. Jeśli porównać świadomość swych istotnych więzi ze światem, jaką może mieć kilkunastoletni chłopiec, ze świadomością tych więzi, jaką może osiągnąć człowiek w „sile wieku”, z jego świadomością wspólnoty z kwiatem, drzewem, ptakiem, z wszelkim stworzeniem, ze zmarłymi – tymi, których znał i których nie znał, tymi, których tylko przeczuwa w mrokach przeszłości, z dziećmi – swymi i obcymi, i z mającymi się dopiero narodzić, z krajobrazem ziemi ojczystej, z widokiem rozgwieżdżonego nieba, jeśli porównać, to widać, iż dystans między nimi nie tłumaczy się dystansem lat jako fenomenem witalnym. Te dwadzieścia, trzydzieści lat „starzenia się” nie może dystansu tego w żaden sposób usprawiedliwić. To, co ich istotnie różni, to nie czas wzrostu witalnego, jego stagnacji a następnie regresu, lecz czas wzrostu duchowego, czas wyrastania z siebie i wrastania w świat.

Ludzie zawsze wykazują zainteresowanie wzrastaniem młodych. Ileż to razy słyszeliśmy, a i sami wypowiedzieliśmy, owo sakramentalne: „Ależ on urósł!”. Szybko jednak przestaje rosnąć i zainteresowanie słabnie. Ale jak człowiek może przestać „rosnąć”? Jak możemy przestać się tym interesować? A co dzieje się z ową radością, która towarzyszy wszelkiemu poczuciu wzrastania i konstatowaniu tego wzrastania przez otoczenie? Albo dane nam jest pojąć sens wzrastania jako wzrastania duchowego, co znaczy – powtarzam – etycznego, i „rośniemy” dalej, albo cały rozpęd wzrastania zbacza w dziedzinę posiadania i władania. „Rośniemy” w bogactwa materialne, we wpływy, w siłę.

Świat, w który wówczas wrastamy, jest przeciwieństwem owej nieogarnionej wspólnoty wszystkiego, co drży istnieniem. Jest ograniczony, a to przede wszystkim w ten sposób, iż swobodne „wzrastanie” jednych stanowi przeszkodę dla „wzrastania” drugich. Wzrastając nie odkrywa się tu wspólnoty, lecz wieczną walkę wszystkich ze wszystkimi. Bogactwo i władza nie mogą ofiarować się wszystkim, jak na przykład piękno krajobrazu, nie mogą budować wspólnoty. Poczucie wzrostu zwodzi nas, kiedy radujemy się nową zdobyczą, nową przewagą nad innymi. To tylko odległe echo radości wzrastania witalnego, ale prócz tego – złuda. Bowiem nie rośniemy, kiedy „rośniemy” w bogactwa materialne czy w siłę władzy nad innymi. To tylko wzrost, którym usiłujemy zaspokoić łaknienie rzeczywistego wzrastania. Nie wyrastamy z siebie i nie wrastamy w świat. Nasz istotny wzrost ustał. Umykamy sobie sami i umyka nam świat. Nie rozumiemy poety. I wszyscy zmarli są dla nas tylko zwłokami. Po prostu umarliśmy, za nim udało nam się wyrosnąć ze śmierci. Jak szczeniakowi duchowi naszemu dano wódki i oto przestał rosnąć.

Kiedy jednak rzeczywiście wzrastamy, to rozumiemy, iż nie o samo wzrastanie idzie, choć zawsze cieszyć nas winno, że „on tak urósł”. Rozumiemy, iż śmierć jest czymś, co z jednej strony należy przerosnąć, a co z drugiej strony stanowi apogeum tego wzrastania. O ile jednak dla tamtego rośnięcia śmierć jest gwałtownym przerwaniem i runięciem budowli w gruzy, o tyle tutaj jest jej zwieńczeniem i trwaniem. O ile tam często bywa, że nas martwi, kiedy drugi rośnie – zazwyczaj bowiem niesie to ze sobą jakieś zagrożenie dla nas, o tyle tu taki wzrost jest zawsze źródłem dodatkowej radości. Jeśli więc życie twoje stało się ciągłym darowaniem siebie i jeśli na koniec nie masz już nic do zaoferowania prócz swej śmierci, to nie znaczy, że oto umierasz i już cię nie będzie, lecz znaczy to, że darowałeś się już cały i cały żyć będziesz w innych, tak jak inni żyli w tobie, szczególnie ci, których w sobie, w swych rysach i gestach, nawet nie rozpoznawałeś.

Gdyby próbować – tytułem myślowego eksperymentu – wyobrazić sobie, jaką w swej istocie byłaby świadomość człowieka, który miałby podstawy mniemać, iż życie sto lat temu, tysiąc lat temu, milion lat temu wyglądało tak samo jak dzisiaj, to na pewno można by przyjąć, że świadomość ta musiałaby być dalece różną od naszej, którzy mniemamy, iż sto, tysiąc, milion lat temu życie było nie tylko całkiem inne, ale – cofając się wstecz – stało też na coraz niższym stopniu rozwoju. Sądzę, że podświadomość nasza jest głęboko przeorana doświadczeniem świata jako rozwijającego się, „wzrastającego” i „dojrzewającego”, i że określa ona nasz ogólny nastrój egzystencjalny. Przy czym nie idzie mi tu o jakąś naiwną wiarę w postęp i wspierającą się na niej ideologię, lecz o odczucie dalece mniej wyraźne i mniej jednoznaczne, będące jednakże istotnym momentem naszej duchowej równowagi.

Instynktownie wiemy, że uczestniczymy w jakiejś gigantycznej przygodzie. Nie rozumiemy jej sensu, nie rozumiemy swej roli, ale wierzymy, iż to nie nadaremnie. Nawet kiedy ogłaszamy, że nie wierzymy, to przecież ogłaszamy dlatego właśnie, że jakoś wierzymy.

Przywołane tu doświadczenie przeczy, jakoby duchowa moc naszego trwania czerpała swą siłę ze źródeł biologicznych, na przykład z instynktu zachowania życia gatunku. Samo „zachowanie”, jeśli nawet jest przezwyciężeniem grożącego regresu, okazuje się tu taką nędzą, od której odechciewa się dalej trwać. Potrzebujemy zmian, które zdradzałyby jakąś tendencję udzielającą sensu, które pozwalałyby żywić jakąś nadzieję.

Jeśli równocześnie rozumiemy, że indywidualne rośnięcie w siłę nieuchronnie obrócić musi się w ruinę, że ewentualne rozszerzenie imperializmu ego na rodzinę, klasę czy naród, czy nawet na ludzkość, jest zmianą co najwyżej ilościową, odsuwającą jedynie ową ruinę w czasie, to bliscy już jesteśmy zdemaskowania iluzji wzrostu jako rośnięcia w siłę – pod jakąkolwiek postacią. Co więc pozostaje?

„Kto przestaje rosnąć – umiera” – pisał Antoine de Saint-Exupéry. Jeśli jednak nasz rozwój jest rozwinięciem siebie ze zwinięcia się w sobie, rozwinięciem siebie w świat, jeśli nasze wzrastanie polega na wrastaniu, to ten, kto przestaje wrastać, bo cały był już wrósł w świat, – nie umiera, lecz żyje, żyje życiem tych, którym się darował, w których wrósł, żyje w ich rysach, gestach, poruszeniach serca i jako taki ciągle darowany bywa dalej.

Panel ucznia

Nazwa użytkownika:

Hasło:

Zarejestruj się Zapomniałem hasła...
POWTÓRKA MATURALNA
ponwtśrczwptsobnie
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031 
       
     12
17181920212223
24252627282930
31      
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  
       
Szkoła języków obcych Profi-lingua