— O słabości polskich uczelni —

Najlepszą metodą na uruchomienie ozdrowieńczej konkurencji w sektorze szkolnictwa wyższego jest sfinansowanie z pieniędzy publicznych studiów w uczelniach niepublicznych. Dlatego też należy dokonać znaczących zmian w systemie – piszą w Rzeczpospolitej menedżerowie szkolnictwa wyższego

W zamieszczonej w Rzeczpospolitej opinii, Krzysztof Pawłowski (twórca Wyższej Szkoły Biznesu – National-Louis University w Nowym Sączu oraz Wyższej Szkoły Biznesu w Tarnowie) oraz Tadeusz Pomianek (rektor Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie)  twierdzą, iż „szkolnictwo wyższe mogło być ważnym czynnikiem budowania potencjału rozwojowego kraju oraz efektywnego konkurowania polskiej gospodarki w ramach gospodarki opartej na wiedzy. Tak się nie stało. Co gorsza, dowodów na niski poziom studiów wyższych jest aż nadto, mimo że rocznie studia kończy ok. 400 tys. osób, a współczynnik skolaryzacji wynosi 51,1 proc.

Autorzy artykułu przekonują, iż „ta olbrzymia armia nie zwiększa jednak potencjału innowacyjnego naszego kraju. Na przykład udział eksportu high-tech w całym eksporcie państwa wynosi na Węgrzech 22 proc.; w Czechach 14 proc., a w Polsce… 3 proc. Brak zupełnie harmonii między potrzebami rynku pracy a liczebnością studentów na poszczególnych kierunkach studiów. Aktualnie na kierunkach technicznych i informatycznych kształci się tylko 11,7 proc. młodzieży, a na samej pedagogice 12 proc. Towarzyszy temu szokująco długa lista niedopuszczalnych praktyk i patologii.”

Pawłowski i Pomianek wskazują, iż „spory w tym udział mają uczelnie niepubliczne. Znane są przypadki, że można zdobyć dyplom, „studiując” w kilkudziesięciu miejscowościach na terenie całego kraju, jadąc do siedziby uczelni tylko po dyplom lub co najwyżej na egzamin. Martwią nas szkoły, gdzie rentowność sięga kilkudziesięciu procent, przy śladowych przychodach pozadydaktycznych.” Jak podkreślają w osobnym akapicie tekstu: „W USA pierwsze 20 najlepszych uniwersytetów to szkoły prywatne. Efekt ten osiągnięto dzięki konkurencji.”

Sprawą kluczową wedle autorów jest kwestia konkurencji wśród uczelni wyższych w naszym kraju. Uważają, iż w Polsce, zamiast kształcenia elit społeczeństwa obywatelskiego, dokonuje się masowa produkcja dyplomów. Pytanie: „Dlaczego tak jest, skoro państwo wydaje na szkoły wyższe 1,6 proc. PKB, czyli więcej niż średnio w całej UE (1,5 proc. PKB)?” Odpowiedź dla osób takich jak Pawłowski i Pomianek, którzy zjedli zęby na tworzeniu i promocji uznawanych za topowe prywatnych uczelni w Polsce, uważają, iż przyczyną takiego stanu rzeczy „jest brak zdrowej konkurencji w sferze nauki i szkolnictwa wyższego. Jest rzeczą zdumiewającą, iż odnosząc w latach transformacji tak wiele sukcesów w różnych dziedzinach życia – właśnie dzięki wspomnianej konkurencji – odizolowaliśmy od niej kluczowy dla pomyślności Polski obszar działania. Nie ma kraju i nie ma branży, w których bez konkurencji osiągnięto by wysoką efektywność i jakość. A więc trzeba zadać pytanie, dlaczego, jakim prawem, kolejny rząd marnuje potencjał intelektualny Polaków. Czyżby nie wiedział, że potencjał ten stanowi większą wartość niż pozostałe zasoby razem wzięte?” – zadają w Rzeczpospolitej pytanie Pawłowski i Pomianek.

Ich teza dotycząca rozwiązania tego problemu jest bardzo ciekawa. Uważają bowiem, iż „skoro nie ma jeszcze społecznego przyzwolenia na płatne studia, to najtańszym i najszybszym sposobem na uruchomienie ozdrowieńczej konkurencji jest sfinansowanie przez budżet państwa studiów stacjonarnych w uczelniach niepublicznych. Pragniemy podkreślić, że szkoły niepubliczne są tańsze (bardziej gospodarne), co poniżej wykażemy, oraz chcemy zauważyć, że już kilka lat państwo finansuje szkoły niepubliczne do policealnych włącznie i dziwnym trafem stosowna uchwała zatrzymała się przed bramą szkoły wyższej” – podkreślają autorzy tekstu.

Ich argumentacja zaczyna się od wskazania, że już z konstytucji i ustaw jasno wynika prawo szkół wyższych do finansowania z pieniędzy publicznych (wskazują tutaj m.in. art. 70 oraz art. 94 i art. 95 ustawy o szkolnictwie wyższym). Podkreślają przy tym wyraźnie, iż po wejściu w życie obowiązujących rozwiązań minister nauki i szkolnictwa wyższego przez trzy i pół roku nie wywiązał się z nałożonego na niego obowiązku i nie wydał koniecznych przepisów wykonawczych. To one dopiero umożliwiłyby realizację finansowania z budżetu kształcenia na studiach stacjonarnych w uczelniach niepublicznych. Wedle Pawłowskiego i Pomianka władza odwlekając całą kwestię nieustannie wykręca się brakiem pieniędzy. A wedle ich opinii realizacja postulowanych przez nich rozwiązań kosztuje 500 – 600 mln zł rocznie, co stanowi ok. 6,5 proc. dotacji, jaka jest przeznaczana na realizowanie działań dydaktycznych na uczelniach publicznych.

Aby wszystko stało się bardziej precyzyjne, wskazują na przeprowadzone przez siebie wyliczenia. „Otóż w 2007 roku szkoły publiczne kształciły 803 tys. studentów na studiach stacjonarnych i 473 tys. na niestacjonarnych. Na kształcenie studentów stacjonarnych otrzymały 8,44 mld zł dotacji budżetowej, a przychody z czesnego na studiach niestacjonarnych wyniosły 2,06 mld zł. Z kolei w uczelniach niepublicznych kształciło się 136 tys. studentów trybem stacjonarnym i 524 tys. na studiach niestacjonarnych, a przychody z czesnego wyniosły 2,26 mld zł. Z powyższego wynika, że roczny koszt kształcenia studenta wyniósł odpowiednio: w szkołach publicznych 10 510 zł i 4330 zł, a w niepublicznych 4500 zł i 3140 zł. Mniejsza już o zdumiewająco wysokie koszty w uczelniach publicznych (6,8 proc. studentów na kierunkach inżynieryjno-technicznych tego nie tłumaczy), ale trudno zrozumieć, dlaczego studia dzienne są dwa i pół razy droższe niż zaoczne.” – przekonująco kończą swoje wyliczenia autorzy tekstu.

Wedle Pawłowskiego i Pomianka cała zagadka skrywa się w niezgodnym z przepisami finansowaniu studiów niestacjonarnych na uczelniach publicznych, które sporą część dotacji dla studiów dziennych wydają właśnie na ich sfinansowanie. Wskazują, iż kwota ta wynosi ponad 1 mld zł i powinna być zwrócona do budżetu. Wskazują, iż „jest źródło sfinansowania studiów stacjonarnych w szkołach niepublicznych, gdzie studiuje nawet kilka razy więcej młodzieży i ze wsi, i z biednych środowisk niż w uczelniach publicznych. To jest też sposób na wymuszenie gospodarności i efektywności w uczelniach państwowych.”

W opinii autorów „państwo tylko wówczas dobrze wykorzysta potencjał intelektualny, jeśli będzie pomagać tylko lepszym, bez względu na to, czy są nimi szkoły publiczne czy niepubliczne.” Przywołują przy tym przykład Wielkiej Brytanii, gdzie „udział dotacji państwowej w szkolnictwie wyższym wynosi 70 proc., a w Polsce podobnie, bo 75 proc. Ale tam reguły dotacji są wspólne i niezależne od formy własności. Nie można wątpić, że to jedno z podstawowych źródeł ich sukcesów w zakresie edukacji, nauki i innowacyjności. Wśród 100 najlepszych uniwersytetów europejskich (ranking szanghajski) nie ma ani jednego polskiego, a są aż 33 uniwersytety brytyjskie!” Uważają przy tym, iż podobnie jest w przypadku uczelni, które odniosły największy światowy sukces – tzn. uczelni amerykańskich. „W USA szkolnictwo, w tym wyższe, uważa się za przemysł edukacyjny (dosłownie i bez użycia cudzysłowów), a studiowanie w USA kilkuset tysięcy obcokrajowców jest w statystykach uważane za przemysł eksportowy o najwyższym poziomie rentowności (bo przecież eksportuje się tylko czystą wiedzę, bez zużywania surowców czy zanieczyszczania środowiska w produkcji). W USA pierwsze 20 najlepszych uniwersytetów (a więc też najlepszych w świecie) to uniwersytety prywatne, a efekt ten osiągnięto w prosty sposób – poprzez wprowadzenie czystej konkurencji – konkurencji w ubieganiu się o studentów, środki federalne czy prywatne na badania. Nie ma żadnych powodów czy przyczyn strukturalnych, które by uniemożliwiały wprowadzenie takiej czystej konkurencji do polskiego szkolnictwa wyższego.” – przekonują Pawłowski i Pomianek.

Końcowa konkluzja jest zatem łatwa do przewidzenia. Autorzy artykułu z Rzeczpospolitej postulują, aby wprowadzić konkurencję wśród polskich uczelni. Bez tego „cały polski system szkolnictwa wyższego będzie się obsuwał, a ćwierćśrodki nic nie pomogą. W tym przypadku nie chodzi tylko o szkolnictwo wyższe. Chodzi o coś znacznie ważniejszego. W czasach współczesnych, w czasach rozwoju gospodarki opartej na wiedzy, szkolnictwo wyższe i sektor nauki stały się najważniejszymi czynnikami uzyskiwania przez państwo przewagi konkurencyjnej. Zrozumiały to mądre elity polityczne w wielu państwach świata (wystarczy popatrzeć na rozmach i konsekwentne działanie w zakresie reformy szkolnictwa wyższego w państwach skandynawskich). Polska przez kilkanaście lat rozwijała się dzięki prostym mechanizmom – uruchamianiu prywatnej przedsiębiorczości, inwestycjom zagranicznego kapitału czy transferowi nowoczesnych technologii – te proste mechanizmy wzrostu powoli tracą swoją siłę i na przyszłość trzeba uruchomić własne i efektywne czynniki rozwój” – przekonują Pawłowski i Pomianek. I nie można tu wykręcać się kryzysem ekonomicznym. Właśnie on jest elementem, który najdotkliwiej obnaża błędy w konstrukcji i organizacji polskiego systemu szkolnictwa wyższego. W takim okresie jeszcze silniej ujawnia się to, iż „bez wprowadzenia pełnych i przejrzystych mechanizmów konkurencyjnych do szkolnictwa wyższego i sektora nauki Polska nie będzie graczem w gospodarce światowej, spełniać będzie rolę dostarczyciela taniej siły roboczej i obszaru konsumpcyjnego dla zagranicznych towarów wysokich technologii (co już się dzieje).” – prognozują autorzy zamieszczonej w Rzeczpospolitej opinii.

Artykuł źródłowy – Rzeczpospolita

Panel ucznia

Nazwa użytkownika:

Hasło:

Zarejestruj się Zapomniałem hasła...
POWTÓRKA MATURALNA
ponwtśrczwptsobnie
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031 
       
     12
17181920212223
24252627282930
31      
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  
       
Szkoła języków obcych Profi-lingua