— Magisterka nie dla wszystkich? —

Jeśli nic się nie zmieni w kwestii ministerialnego podejścia do sposobu przyznawania stopnia magistra, tytuł ten zupełnie straci na znaczeniu. Obecnie bowiem – z racji obniżania się poziomu wykształcenia – zdobywają go osoby, które żadnym sposobem nie powinny być nim określone – pisze w swoim tekście Klaus Bachmann, prof. politologii Uniwersytetu Wrocławskiego i Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie

Opinie o polskim systemie szkolnictwa wyższego są rozmaite, jednak ich dominująca część lokuje przyczyny szkolnego kryzysu gdzieś między gimnazjum a szkołą średnią. To właśnie tam mają ponoć kształtować się braki, które rzutują później na jakość myślenia polskich studentów. W tym wszystkim oczywiście oburzamy się niezmiernie „na studentów, którzy nie wiedzą, jak budować hipotezy albo chociażby sensowne pytania badawcze, którzy oddają prace magisterskie pełne <kwiatków>, uważają politykę za <<sposób dogodzenia obywatelom ze strony państwa>> albo po pięciu latach studiów politologicznych nie znają żadnej definicji polityki.” Oburzamy się i wskazujemy, iż winnym jest polska szkoła.

W swoim artykule opublikowanym we wrocławskim wydaniu Gazety Wyborczej Klaus Bachmann podkreśla, iż „jako profesorowi jest mi szczególnie łatwo wskazać palcem na niski poziom studentów i na brak wyobraźni nauczycieli liceów – bo to odwraca uwagę od moich grzechów. Ale każdy profesor, który tak postępuje, musi zdać sobie sprawę, że kiedy jednym swoim palcem wskazuje na studentów i szkoły, cztery wskazują na niego. Uczelnie wyższe nie są bez winy. Gorzej nawet: w obecnej sytuacji utrzymanie niskiego poziomu studiów jest w interesie wszystkich – większości studentów, pracowników naukowych i dydaktycznych oraz polityków. Dlatego też poziom dalej się będzie obniżać. System szkolnictwa wyższego i demografia w Polsce temu sprzyjają.”

Bachmann przypomina w swojej krótkiej analizie, iż „Polska wyszła z komunizmu ze wskaźnikami skolaryzacji znacznie niższymi niż porównywalne kraje zachodnioeuropejskie. Od drugiej połowy lat 90. na uczelniach pojawił się wyż demograficzny z początku lat 80. Dążenie mieszkańców wsi do polepszenia losu swoich potomków, pęd do wyższego wykształcenia i wielka liczba młodych ludzi w wieku maturalnym spowodowały boom szkolnictwa wyższego. Szkoły wyższe rosły jak grzyby po deszczu. Wskaźniki szybowały w górę, na edukacji można było świetnie zarabiać. Napływ studentów do szkół wyższych rósł szybciej, niż udało się wykształcić konieczną do tego kadrę. Prywatne uczelnie zaczęły zatrudniać emerytów, a czasami nawet fikcyjnych wykładowców. Rektorzy prywatnych uczelni wręcz polowali na habilitowanych, aby móc uruchomić nowe kierunki i wyższe poziomy studiów. W tym okresie państwowe uczelnie jeszcze mogły selekcjonować studentów.”

Ta sytuacja nie trwała jednak zbyt długo, gdyż roczniki wyżowe zaczęły odchodzić z uczelni, a miejsce przez nie zajmowane nie wypełniały się już tak licznie. Efekt? „Dziś uczelnie państwowe i prywatne biją się o studentów. Za parę lat ich liczba spadnie tak dramatycznie, że na wszystkich uczelniach powstaną gigantyczne przerosty zatrudnienia. Najpierw upadną najsłabsze uczelnie prywatne. Potem przyjdzie kolej na państwowe, które nie mogą upaść, bo są za duże. Mogą za to zwolnić pracowników i będą musiały to robić. Jaką jednak mają alternatywę rady wydziału, senaty, kolegia, jeśli chcą ten proces wydłużać? Mogą dalej obniżać poziom tak, aby liczba przyjętych studentów była możliwie równa liczbie maturzystów. Rośnie nam wtedy po raz kolejny wskaźnik skolaryzacji, ale cierpi poziom studiów. Scenariusz może być bardziej skrajny: w najbliższych latach profesorowie przestaną narzekać na poziom liceów i zaczną naciskać na Ministerstwo Edukacji, aby obniżyło poziom matury, żeby w ten sposób zwiększyć liczbę studentów. Bez tego bowiem profesorom i adiunktom grozi bezrobocie.” – przedstawia całą sytuację Klaus Bachmann.

W opinii profesora politologii „niski poziom studentów to jedna z konsekwencji faktu, że polskie uczelnie nie żyją z badań, lecz niemal wyłącznie z dydaktyki. Pomijając kierunki ścisłe i przyrodnicze, gdzie jest stosunkowo mało studentów, polska nauka jest zacofana, izolowana od świata i prowincjonalna. Przyczyn jest wiele – jedną z nich jest kompletny brak zachęty dla polskich naukowców, aby zarabiać na badaniach. Wystarczy porównać obciążenie dydaktyczne polskiego wykładowcy i profesora z dowolnej zachodnioeuropejskiej lub amerykańskiej uczelni i liczbę publikacji obu w renomowanych czasopismach zagranicznych. Pod względem dydaktyki Polak wychodzi z tego porównania jak prawdziwy stachanowiec. Pod względem badań i publikacji często nawet nie dorównuje asystentowi swojego zagranicznego kolegi.” Efektem tej sytuacji jest to, iż najskuteczniejszą formą zabezpieczenia się przed utrata pracy jest obniżenie poziomu matury, co w efekcie da wyższy wskaźnik osób idących na studia, rekompensując fakt niżu demograficznego. Jednak są oczywiste negatywy takiego myślenia. „Nie da się prowadzić 900 godzin dydaktycznych w semestrze i organizować egzaminów dla kilkuset studentów bez uszczerbku dla jakości.” Można to rzecz jasna starać się uczynić, ale efektem musi być utrata jakości kształcenia i tworzona fikcja. Duża część zajęć w ogóle się nie odbywa, a praca intelektualna to kopiowanie z internetu rozmaitych opracowań, których nikt nie czyta. Student udaje, że pisze samodzielnie, profesor udaje że uczy i sprawdza prace studentów, dając im za nieprzeczytane prace piątki, aby nikt nie narzekał. Student siedzi cicho bo ma wysoki stopień za plagiat. A cały system dalej się kręci. Efekt jest taki, iż wedle statystyk coraz więcej osób w Polsce ma wyższe wykształcenie, tylko że jego jakość pozostawia bardzo wiele do życzenia.

Jednak ten patologiczny obraz ma jeszcze dwa moduły: licealny i rządowy. Patologia modułu licealnego polega na tym, iż każda ze szkół maturalnych ma interes w tym, aby przepchnąć przez maturę jak największą liczbę swoich uczniów, bo to zwiększa ich miejsce w rankingach (a zatem prestiż). Patologia rządowa polega na tym, iż taka sytuacja zwiększa wskaźniki skolaryzacji, co pozwala posiadać fałszywe odczucie, iż Polska edukacja stoi. Jedyni, którzy tracą, to pracodawcy, którzy muszą zatrudniać pół-magistrów (a zatem cały rynek pracy i polska gospodarka).

Należy się zatem zastanowić „czy jest jakieś wyjście z tego zaklętego kręgu? Na krótką metę nie ma. Najbardziej radykalna zmiana systemu edukacji i tak przyniesie owoce dopiero za kilka lub kilkanaście lat. Można postulować reformę systemu finansowania tak, aby bardziej opłacało się badać, niż uczyć, można otwierać rynek uczelniany na zagranicę i uznawać tytuły naukowy krajów UE en bloc. Razem z otwarciem widełek płac stworzy to potężną konkurencję dla wykładowców, podobnie jak to się dzieje w tej chwili w Niemczech i w Wielkiej Brytanii. Jest tylko jedno wielkie <ale>. Właśnie dlatego, że mamy w Polsce taki przerost biurokracji i zatrudnienia na państwowych uczelniach wyższych, mamy też silniejsze niż gdzie indziej lobby przeciwko takim zmianom. Która partia jest gotowa, aby walczyć z taką grupą nacisku? Która partia weźmie na siebie odium wprowadzenia w Polsce „elitarnych studiów”, obniżenia wskaźników skolaryzacji i grupowych zwolnień na polskich uczelniach, aby tam zatrudnić obcokrajowców?” – pyta Klaus Bachamann. I odpowiada: „Ja w to nie wierzę.”

Jedynym wyjściem – wedle profesora – jest „polityka małych kroków, tak aby nie zmienić systemu, ale pomóc tym najbardziej ambitnym. Należy ochraniać ich przed karą systemu za ich ambicje, a być może nawet system zacznie im kiedyś sprzyjać. Pozauczelniane ośrodki badawcze, przyjmujące najbardziej ambitnych i zdolnych studentów, specjalne programy ułatwiające tworzenie interdyscyplinarnych i międzynarodowych zespołów badawczych, biura, które ułatwiają naukowcom zarządzanie grantami – to częściowe rozwiązanie. Dobrowolny podział kadry uniwersyteckiej na naukowców i pracowników dydaktycznych – jedni będą rozliczani według jakości ich wykładów i seminariów, drudzy według jakości ich badań. Można centralnie podwyższyć kryteria egzaminów magisterskich i doktoranckich – ale studia licencjackie będą dla wszystkich. Na to nie ma siły. Ale być może uda się osiągnąć jakiś konsensus co do tego, że tytuły magistra, doktora i profesora nie muszą być dla wszystkich, że mimo wszystko wyróżniają pewną elitę.” – puentuje swoje rozważania Klaus Bachmann.

Opinię profesora potwierdzałyby też inne wypowiedzi, jakie można odnaleźć w Gazecie Wyborczej. Wrocławski chemik, prof. Mikołaj Rudolf z Wydziału Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego twierdzi, iż podczas swoich zajęć z każdym rokiem prowadzi zajęcia coraz wolniej, gdyż więcej niż połowa studentów ma trudności z przyswojeniem najprostszych informacji, co obrazuje żałośnie niski poziom studentów. Wedle przedstawionych przez profesora obrazu „błędy ortograficzne w pracach zaliczeniowych to standard. Studenci coraz częściej stosują zapis fonetyczny zdań, co znaczy, że w ogóle nie czytają. Na pytanie, kto potrafi zmontować prosty obwód elektryczny, zgłosiło się kilka osób z kilkudziesięciu obecnych na wykładzie. Student III roku chemii nie potrafił powiedzieć, na jakiej zasadzie świeci żarówka.”

Wszystko to potwierdza się także w opiniach wielu internautów, którzy wypowiadali się w dyskusji zainicjowanej przez Gazetę Wyborczą. jedna z internautek napisała: „Większości moich znajomych studentów wydaje się, że jak studiują, to już znaczy, że są inteligentni. Robią się intelektualnie ospali i nic im nie można zarzucić, bo przecież właśnie zaliczyli koło z przedmiotu o nazwie, której przeciętny człowiek ani nie pozna, ani nie usłyszy w ciągu całego życia. Jeśli mam być magistrem takim samym jak studenci z mojej grupy, czyli osoby, które na III roku filologii rosyjskiej nie umiały wskazać podmiotu i orzeczenia i które nazwały mnie kujonem, bo, o dziwo, jakoś pamiętam to z podstawówki, to dzięki. Jest mi wszystko jedno.”

Pojawia się pytanie: czy w ogóle można liczyć na umasowienie edukacji na wysokim poziomie? Wedle opinii dr inż. Przemysława Czyryca odpowiedź może przynieść prosta analiza: „Mamy więc, upraszczając, kilka procent ludzi umysłowo upośledzonych, dalej po kilkadziesiąt procent ludzi niezbyt inteligentnych, przeciętnych i ponadprzeciętnych, wreszcie kilka procent ludzi o wybitnych możliwościach intelektualnych. To czysta biologia i oszukać jej się nie da – tzw. upowszechnienie wyższego wykształcenia może się odbywać wyłącznie kosztem inflacji tytułów. Podobnie zresztą jak przeniesienie znaczącej części populacji z zawodówek do liceów musi zostać skompensowane obniżeniem poziomu matury. Niestety, realne wykształcenie nieuchronnie jest elitarne. Żaden program, nawet najlepiej ułożony, nie wykształci osobnika intelektualnie ograniczonego.”

Taką opinię potwierdza inny internauta: „Niedługo będziemy mieli najwięcej magistrów (licencjat w Polsce w zasadzie powinno się dawać po maturze, bo taki poziom jest przez ten stopień naukowy reprezentowany). W pogoni za pieniędzmi następuje nawet dewaluacja zaszczytnego stopnia doktora, ponieważ państwowe uczelnie za pozwoleniem najwyższych władz otwierają niestacjonarne studia doktoranckie! Mój kolega – średniak na studiach (<<leciał na samych trójach>>) jest teraz właśnie na takich studiach. Kryterium przyjęcia: sprostać finansowo opłatom w wysokości kilku tysięcy za semestr, znaleźć skorumpowanego promotora, który za kilka „kawałków” podpisze się pod marnej jakości kompilacją skomplikowanych tekstów innych autorów.”

A zatem czy pozostaje nam reglamentacja edukacji? Jedną z odpowiedzi zawarta jest w opinii prof. Mirosława Nowaka-Dziemianowicza, dziekana Wydziału Nauk Pedagogicznych w Dolnośląskiej Szkole Wyższej we Wrocławiu: „Organizując edukację na poziomie podstawowym, średnim czy wyższym, każdy musi odpowiedzieć sobie na kilka podstawowych pytań. Jednym z nich jest pytanie o to, czy edukacja jest wartością, do której dostęp mają wszyscy obywatele, czy dostęp ten może być jakoś reglamentowany. Edukacja może więc być dobrem dla wybranych. Wówczas potrzebne są różne formy selekcji, niedopuszczenie osób niespełniających warunków (na przykład mało zdolnych, mniej inteligentnych, gorzej wyuczonych na poprzednim etapie edukacji). Przez wiele lat taki właśnie, elitarny, chroniony egzaminami, charakter miała edukacja na poziomie wyższym. Na drodze selekcji wyłanialiśmy naszym zdaniem najlepszych, najzdolniejszych, wyposażonych sowicie w to, co dzisiaj nazywamy kapitałem społecznym, kapitałem kulturowym.”

Nauczyciele widzą winę przede wszystkim w reformie edukacji z 1999 roku i utworzeniu gimnazjów. Wedle ich opinii „zgromadzenie tysiąca nastolatków w najtrudniejszym okresie życia to tykająca bomba zegarowa.” Jednak nie to jest najgorsze. Jak bowiem ocenić sytuację, w której „urzędnicy wpisują na listę lektur archaiczne pozycje, które pamiętają chyba z własnego dzieciństwa. Jaką wizję współczesnej literatury ma licealista, skoro jego najmłodsza lektura ma ponad 40 lat?” Jaki efekt może dać wielki (niemal bezkrytyczny) entuzjazm odnoszący się do kształcenia umiejętności, przy redukowaniu wiedzy?

Inną opinię w tej kwestii wygłosiła Małgorzata Smolik-Wyczałkowska, pedagog renomowanego wrocławskiego XII LO: „Myślę, że wszystko zaczyna się na długo, nim dziecko pójdzie do szkoły. Jeżeli jeszcze przed pójściem do szkoły dziecko nie nauczy się myśleć, to szkoła go tego nie nauczy. Nie chcę obwiniać rodziców, bo to nie ich wina, że społeczeństwo głupieje. To proces społeczny. Postęp cywilizacyjny decyduje o tym, że coraz mniej czytamy, coraz słabiej posługujemy się językiem, zwłaszcza na piśmie, coraz mniej ze sobą rozmawiamy i coraz mniej rozumiemy. Kolega biolog prowadził zajęcia o sinicach z uczniami, którzy wybrali biologię jako przedmiot fakultatywny. Chciał opowiedzieć anegdotę z historii o związku cesarskich Chin i sinic. Usłyszał: <<Nas historia nie interesuje, to jest fakultet biologiczny>>.”

Końcowa puenta nie nastraja do optymizmu, gdyż do wszystkich opisanych powyżej kwestii dodać należy także niedofinansowanie polskich placówek edukacyjnych. „Brak zaplecza naukowego, zbiurokratyzowana, niereformowalna struktura administracyjna uczelni czy kompletny brak kontaktu między nauczycielem akademickim a studentem (ograniczony do godzinnych konsultacji raz w tygodniu) – to wszystko może sprawić, że studentom odbiera ochotę do podjęcia jakiegokolwiek wysiłku.” Przykładem niech będą opisane w internetowej dyskusji Gazety Wyborczej zajęcia z informatyki prowadzone dla 30 osób na ośmiu komputerach z Windowsem ’98.

Jak zatem wybrnąć z tej ciemnej matni polskiej edukacji…?

Artykuły źródłowe – Gazeta Wyborcza i Portal Edulandia

Panel ucznia

Nazwa użytkownika:

Hasło:

Zarejestruj się Zapomniałem hasła...
POWTÓRKA MATURALNA
ponwtśrczwptsobnie
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031 
       
     12
17181920212223
24252627282930
31      
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  
       
Szkoła języków obcych Profi-lingua