— Jak pokonać edukacyjne bariery? —

Problem rozwarstwienia i podziałów w zakresie edukacji jest niezmiernie stary. Tak bowiem jak istnieją różnice majątkowe, tak istnieją też różnice w dostępie do wiedzy. To jednak ma swoje określone konsekwencje. Pytanie zatem czy tak musi być? – rozważa w Newsweeku Ginanne Brownell.

Edukacja jest dobrem, a zatem czymś, co wymaga określonych środków do pozyskania. A środki – jak wiemy – w przyrodzie występują nierówno. Dobrodziejstwo nowoczesności i powstanie idei państwa dobrobytu w jakiejś mierze zmniejszyło odległości między warstwami, ale nie zlikwidowało ich. Trudno aby było inaczej, gdyż środki potrzebne na realizację określonych działań zawsze są większe, niż to, co znajduje się w państwowym budżecie. Jednak z racji, iż postulat równości szans uzyskał współcześnie status niemal prawa naturalnego, trudno się dziwić, iż oczekiwania są tak wielkie.

Zrealizowanie znaczących zmian napotyka jednak nie tylko bariery finansowe. „Gdy studenci wychodzą na ulice, zazwyczaj protestują przeciwko wojnie, rasizmowi, dyskryminacji. Ale podczas majowych demonstracji w Indiach skandowano:  <<Nie zwiększać liczby miejsc na studiach dla biednej młodzieży!>>. Młodzi stanęli przeciwko młodym. Bogatsi walczyli o utrzymanie swoich przywilejów. I nie jest to odosobniony przypadek. Gdy francuska École Nationale d’Administration, z której wywodzą się francuscy prezydenci i ministrowie, wprowadziła punkty za pochodzenie, elity zaprotestowały. Podobnie było w Wielkiej Brytanii, gdy na studia zaczęto przyjmować więcej absolwentów ze zwykłych, a nie elitarnych szkół średnich.” – pisze Ginanne Brownell. Zaczęły się protesty, iż takie postępowanie obniży poziom nauczania.

Efekt jest taki, iż „mimo podejmowanych na świecie wysiłków, by każdy młody człowiek miał szansę na zdobycie wykształcenia, moda na studia z trudem dociera do ubogich. W Japonii czy Stanach Zjednoczonych, gdzie koszty wykształcenia rosną w zawrotnym tempie, przeciętny student pochodzi z rodziny znacznie lepiej sytuowanej, niż to było w przeszłości. Na Uniwersytecie Tokijskim blisko połowa studentów ma rodziców zarabiających ponad 82,5 tys. dol. rocznie (dużo więcej, niż wynosi średnia krajowa, czyli ok. 57 tys. dol.). W USA odsetek studentów wywodzących się z rodzin o dochodach przekraczających 150 tys. dol. rocznie rośnie od ponad 10 lat i dochodzi już do poziomu 17 proc. wszystkich studentów, podczas gdy odsetek żaków z rodzin ubogich systematycznie spada. W 2003 roku przeprowadzono badania obejmujące 146 elitarnych amerykańskich college’ów i ustalono, że zaledwie 3 proc. studentów pochodzi z rodzin o najniższym dochodzie.” – przedstawia sytuację tygodnik. Jednak zaprezentowane dane nie są najgorsze, gdyż „podziały klasowe najwyraźniejsze są w Europie. Już w latach szkolnych uczniowie trafiają albo na ścieżkę kształcenia zawodowego, albo wiodącą do studiów wyższych. Na tę pierwszą zazwyczaj wchodzą dzieci z ubogich rodzin. I to one mają najmniejsze szanse na awans społeczny. Na Oksfordzie udział absolwentów publicznych szkół średnich (czyli tych, których rodziców nie było stać na drogie liceum prywatne) spadł od 2001 r. o 5 proc. W Polsce na prestiżowych uczelniach państwowych – np. uniwersytetach Warszawskim i Jagiellońskim, SGH, Politechnice Warszawskiej – również daje się zauważyć zróżnicowanie społeczne.” – przedstawia sytuację Ginanne Brownell i dalej cytuje: „Na Uniwersytecie Warszawskim do tej pory statystycznie najwięcej studentów pochodziło z dużych miast, z rodzin inteligenckich – mówi Artur Lompart, rzecznik prasowy UW. – Sytuacja zmienia się jednak od czasu wprowadzenia nowej matury. Pojawiło się więcej osób z małych miejscowości, którym dobrze poszło na maturze.”

W opinii autora Newsweeka „w większości krajów europejskich trudno będzie odwrócić ten negatywny trend i udostępnić uczelniane ławy większej liczbie młodzieży z biedniejszych rodzin. W porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi szkolnictwo wyższe w Europie jest niedofinansowane, przez co trudno zwiększać liczbę miejsc na uczelniach. Dzisiaj w Unii Europejskiej zaledwie jedna trzecia absolwentów szkół ponadpodstawowych trafia na studia. Politycy i pedagodzy chcieliby zmniejszyć tę dysproporcję, a jednocześnie boją się, że ułatwienia w dostępie na studia dla dzieci z gorszych liceów obniżą poziom nauczania.”

Oczywiście można próbować rozwiązania amerykańskiego – punkty za pochodzenie. Jednak takie postawienie sprawy natrafia na silny opór społeczny. Uważa się, iż jest to łamanie zasady równości wobec prawa i faworyzowaniu osób z niższych warstw społecznych. O wszystkim mają zatem decydować nie kompetencje, ale pochodzenie. Dla większości jest to niedopuszczalne. „Gdy Richard Descoings, rektor francuskiego Instytutu Nauk Politycznych, zaczął w 2001 r. stosować specjalne względy dla kandydatów z niższych warstw, krytycy podnieśli larum, że to zamach na nienaruszalną zasadę égalité. Bogaci studenci lamentowali, że obniży się wartość ich dyplomu. To była niemal masowa histeria. – Dyskutowano bez przerwy, czy ten program zgadza się z pryncypiami Republiki Francuskiej, ale nikt nie pytał, czy to działa – narzeka Descoings. A działa. Latem tego roku 15 prekursorów z biednych przedmieść otrzymało dyplomy tej prestiżowej uczelni. Okazało się, że niektórzy z nich należeli do najlepszych na swoich kierunkach.” – przedstawia całą sytuację Brownell.

Jeśli chodzi o Wielką Brytanię, to tam także podejmowane są podobne działania. „Sir Peter Lampl, przewodniczący Sutton Trust, brytyjskiej organizacji pozarządowej zajmującej się problemami oświaty, mówi, że gdyby przyjęcia na studia zależały wyłącznie od wyników egzaminów dojrzałości, dwie trzecie studentów na Oksfordzie i Cambridge pochodziłoby z publicznych a nie prywatnych szkół średnich. Tymczasem jest ich zaledwie połowa. – Młodym ludziom z biednych rodzin brakuje śmiałości, by ubiegać się o przyjęcie na czołowe uczelnie, zwłaszcza że wnioski trzeba składać przed otrzymaniem wyników egzaminów – wyjaśnia Lampl. W dodatku prywatne licea doradzają uczniom, jak zwiększać swoje szanse na przyjęcie, a nawet podpowiadają, jak starać się o miejsce na konkretnym wydziale wymarzonej uczelni. Natomiast uczniowie szkół publicznych są zdani na siebie. W efekcie na najlepsze uniwersytety Wielkiej Brytanii nie dostaje się każdego roku około 3 tys. absolwentów szkół państwowych, którzy spełniają kryteria przyjęcia.” – pisze Brownell.

Według autora tygodnika nie jest to jednak tylko problem zachodni. „W Polsce szanse zdolnych uczniów z trudnych środowisk próbuje wyrównywać Uniwersytet Jagielloński. W te wakacje zainaugurowano tam szkołę letnią <<Poławiacze pereł>>, mającą na celu znalezienie szczególnie uzdolnionych uczniów szkół średnich z czterech województw południowo-wschodniej Polski: małopolskiego, podkarpackiego, świętokrzyskiego i śląskiego. Starostowie, prezydenci miast, szkoły nominują uzdolnionych uczniów ze swojego terenu do udziału w programie.” W opinii Newsweeka „takie programy, dzięki którym zdolni ludzie zdobędą indeksy prestiżowych uczelni, mają istotne konsekwencje ekonomiczne. Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek wcześniej dyplom renomowanej uczelni wpływa na poziom przyszłych zarobków. Ekonomistka z Harvardu, Caroline Hoxby, wykazała, że absolwenci czołowych uczelni w USA zarabiają setki tysięcy dolarów więcej w ciągu życia niż absolwenci uniwersytetów stanowych. W zależności od kraju posiadacz uniwersyteckiego dyplomu zarabia 25-120 proc. więcej niż osoba bez wyższego wykształcenia.”

Wedle tego, co prorokuje Brownell, „wkrótce wszyscy przekonamy się, jak przykre są społeczne konsekwencje braku dostępu do edukacji uboższej młodzieży. Starzenie się społeczeństw zachodnich w połączeniu ze zwiększonym zapotrzebowaniem na specjalistów będzie skutkowało niedostatkiem wysoko wykwalifikowanej kadry. Europejczycy muszą więc unowocześnić, a także – przynajmniej częściowo – sprywatyzować systemy szkolnictwa wyższego, by reagowały na zmienne potrzeby rynku pracy. Podczas gdy w USA i Skandynawii są dostępne najrozmaitsze rodzaje kształcenia policealnego, w tym szkoły dwuletnie i studia licencjackie, w wielu krajach europejskich i azjatyckich jedyną możliwością kontynuowania edukacji są czteroletnie studia wyższe. Na szczęście pojawiają się pierwsze pozytywne sygnały, np. w Norwegii istnieje system modułowy, dzięki któremu młodzi ludzie mogą godzić studia z pracą i rodziną. Kończą kursy w odpowiadającym im tempie i terminach. Zdarza się, że kolejne zaliczenia zdobywają latami, ale zawsze składają się one na dyplom studiów wyższych.”

Wydaje się jednak, iż nie uczyni się określonego skoku jakościowego bez określonych zmian w szkolnictwie. A dokładnie rzecz biorąc bez poprawy jakości publicznych szkół średnich. Jest to jedyny sposób, aby wyrwać ze środowisk o małym statusie wiedzy te dzieci, które są zdolne i ambitne. Przebywanie w otoczeniu nie doceniającym wykształcenia nie buduje w dziecku ambicji i motywacji. Stąd też niezmiernie trafne wydaje się hasło, jakie swego czasu było elementem polityki rekrutacyjnej Oksfordu: <<Nieważne, skąd przychodzisz, ważne dokąd pragniesz dojść>>.

Artykuł źródłowy – Tygodnik Newsweek

Panel ucznia

Nazwa użytkownika:

Hasło:

Zarejestruj się Zapomniałem hasła...
POWTÓRKA MATURALNA
ponwtśrczwptsobnie
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031 
       
     12
17181920212223
24252627282930
31      
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  
       
Szkoła języków obcych Profi-lingua