— Daleko, coraz dalej —

Podróżowanie rowerem to doświadczenie niezwykłe. Zbierasz rano wszystkie swoje rzeczy, pakujesz do liczących kilkadziesiąt litrów sakw i jedziesz… Nic cię nie trzyma. Nic nie ogranicza Twojej ciekawości i chęci zobaczenia co jest za następnym zakrętem. Po prostu wsiadasz i zaczynasz kręcić. A wszystko co dookoła ciebie pięknie się zmienia.

Jest wieczór. Siedzimy nad brzegiem Trebjisnicy gdzieś w Bośni i Hercegowinie, a wokół widać  powoli osiadającą w dolinie wilgoć. Szeroka na jeden-dwa kilometry dolina wije się wśród gór wyglądając jak dno jeziora, z którego ktoś jakiś czas temu spuścił wodę. Po prostu odetkał korek, a ta swobodnie spłynęła. Trudno w to uwierzyć; wokół góry, a pomiędzy nimi przestrzeń, która jest kompletnie płaska. Jak blat stołu. Jak dopiero co wycyklinowana podłoga. Jedynie na środku niczym wąż pośród traw można dostrzec wijące się koryto rzeki.

Ta przestrzeń zwana Popowo Pole, to ukryta za drzwiami czarodziejskiego ogrodu kraina. Małe wioseczki na zboczach gór, o których przez wiele lat nikt chyba nie pamiętał. I może tak też by zostało, gdyby nie toczona w tym rejonie wojna. Ona sobie o nich przypomniała. Przyszła tu i zmieniła oblicze tego miejsca. Z zapomnianego na jeszcze bardziej zapomniane. Ale miejsce to przede wszystkim ludzie. I ich oblicze też zmieniła. W każdej rozmowie pogodni, otwarci i pełni życia, gdy tylko wspomnieć o wojnie, pokazują na twarzy pamięć doznanych ran i doświadczonych przewin. Pamięć dobytku zawijanego w koc. Wynoszonych w pośpiechu na rękach dzieci. I zostawianych domów. Wiadomo kto brat, a kto wróg. Na słowo „Serb” jeden z napotkanych ludzi wykonuje gest złożenia palców dłoni w pistolet, gdzie palec wskazujący jest lufą, a kciuk cynglem. Mierzy, a z ust pada dźwięk: „puf puf”. W Popowym Polu aż tłoczno od wsi-widm. Stoją tak jak je zostawiono. Tylko miejsce ludzi zajęły jarzębiny, akacje i bzy. I wszędzie rosnące drzewa figowe. Zawaliły się dachy, zgniły podłogi. Zniknęli ludzie a z nimi psy i koty. Nastała wszechobecna cisza.

Kiedyś jeździła tu kolej stanowiąc dla mieszkańców jedyną szansę na kontakt ze światem. Później – gdy czymś powszechnym stał się samochód – całą drogę kolei zalano asfaltem i dziś mamy ciągnącą się przez kilkadziesiąt kilometrów równiuteńką trasę biegnącą 100 metrów ponad dnem doliny. Jedziesz godzinę, dwie, trzy i nie możesz się nadziwić, że to miejsce naprawdę istnieje.

Nie taka trudna rzecz

Ten powyższy opis pochodzi z relacji z podróży, jaką wraz z kilkoma osobami odbyliśmy po pięknym pograniczu Chorwacji i Bośni. Kiedy zbieraliśmy się do wyjazdu, wiele osób miało poważne wątpliwości, czy poradzi sobie w spotkaniu z dużymi przewyższeniami. Chorwacja i Bośnia, czy też szerzej – całe Bałkany – to niemal same góry, a części z nas jazda na rowerze kojarzyła się wyłącznie jako niedzielna wycieczka bulwarami wiślanymi do Tyńca. Jak zatem myśleć o pokonaniu kilkunastokilometrowych podjazdów? Czy poradzę sobie? Czy nie zniechęcę się i nie będę myśleć jedynie o końcu i powrocie?

Te pytania są jak najbardziej na miejscu, bo przecież obawa o własne możliwości powinna być częścią rozsądnego planowania każdej wyprawy. Jednak w przypadku jazdy na rowerze rzecz się ma zupełnie inaczej, niż w innych formach aktywnego wypoczynku. Kiedy ktoś się wybiera na długi, kilku bądź kilkunastodniowy trekking, nie należy liczyć na to, że w jakimś momencie górskiego pobytu organizm się przyzwyczai i nie będzie sprawiał kłopotów. Takie myślenie może tylko doprowadzić do tragedii. Trekking bowiem to potężny wysiłek wynikający nie tylko z konieczności pokonywania pieszo sporych odległości, ale także z faktu, iż odbywają się one w szczególnie trudnych wysiłkowo warunkach (duże przewyższenia), a cały – nierzadko ważący ponad 20 kg bagaż – nosi się na własnych plecach. Jeśli dodamy do tego fakt, iż na wysokościach „alpejskich” powietrze jest bardziej rozrzedzone, a zatem dostarcza nam mniej tlenu niż na poziomie, na którym codziennie funkcjonujemy, wszystko układa się w silny komunikat: „Jeśli nie masz pewności, nie ryzykuj!”

W konfrontacji z tak rysującym się  trekkingiem, podróżowanie rowerem ma kilka przewag. Po pierwsze cały bagaż umieszczony jest w sakwach, przez co nie ma się poczucia nieznośnego ciężaru uwieszonego na plecach. Po drugie w sytuacjach kryzysowych (brak wody, jedzenia, problemy zdrowotne) rower stanowi na tyle szybki środek transportu, iż zawsze można dany problem sprawnie rozwiązać. Po trzecie rower posiada przełożenia, które – w przeciwieństwie do realizowanego pieszo trekkingu – umożliwiają pokonanie nawet najcięższych podjazdów z nieco tylko większym obciążeniem. Oczywiście, wydłuża się znacznie czas, gdyż najniższe przełożenia znacząco obniżają prędkość jazdy, ale cóż to jest za rezygnacja w perspektywie uzyskania znośnego dla nas obciążenia? I wreszcie po czwarte – trekking to nieustanny wysiłek, który bez względu na to, czy realizowany w czasie podejścia pod górę, czy zejścia w dół, nieustannie obciąża nas wysiłkowo. Niektórzy nawet uważają, iż w czasie schodzenie znacznie bardziej. Rower to wysiłek w tylko jedną stronę – w górę. I cudowne uczucie lekkości w czasie zjazdu w dół. Wizja podejścia wielogodzinnego w górach musi być nieodłącznie wiązana z wielogodzinnym zejściem w dół. Wizja podjazdu to pewna wspaniała gratyfikacja w postaci (czasem wielokilometrowego) zjazdu w dół.

Efekt jest taki, iż rower to naprawdę podróżowanie dla każdego. No może – prawie. Doprawdy ktoś musiałby mieć duże kłopoty wysiłkowe, aby nie móc pokonać dziennie tych 40-50 km. Na spokojnie. W miłej atmosferze rowerowego zwiedzania. Z nieustającą zmiennością obrazów, które odwracają uwagę od zmęczenia. W wersji nizinnej bądź nawet lekko pagórkowatej rower to rzecz dla wszystkich. A w przypadku dłuższych wypraw w terenie górzystym, po 2-3 dniach wyjazdu organizm niemal każdego jest w stanie przyzwyczaić się do codziennej dawki wysiłku.

Podróż realizowana rowerem, to także jeszcze jedna zaleta – koszty. Jeśli jest to wyjazd, w którym nie towarzyszy nam samochód serwisowy, wtedy wszystko zamyka się w kosztach dojazdu w dany rejon. Kilometry pokonuje się na własnym środku lokomocji, więc może nieco wzrastają koszty wyżywienia, bo skądś trzeba zaczerpnąć energię. Jednak cała wyprawa to naprawdę niskie koszty. Jeśli do tego jest się otwartym na nocowanie w namiotach, to w tym momencie okazuje się, iż cały koszt pięknych wakacji zamyka się w cenie biletu w tą i z powrotem (bądź koszcie paliwa i amortyzacji samochodu). Doprawdy – nic nie może równać się takiej ofercie!

Wspaniali ludzie, magiczne krajobrazy

Dla nas europejczyków rower to normalna sprawa. Codziennie używamy go jako środek transportu w drodze do pracy, na uczelnię czy forma wspierająca naszą rekreację. W wielu krajach jednak widok turysty jadącego na rowerze wzbudza wyraźne zaciekawianie, a czasami też szok. W czasie jednej z moich podróży rowerem po krajach Zakaukazia (Gruzja i Armenia) wielu ludzi pytało się mnie ile mi za to płacą. Nie mogli pojąć (było to jakby poza ich wyobrażeniami), że rower może być pasją i stanowić wspaniały sposób na spędzenie wolnego czasu. Na odkrywanie świata. Jednak ten element doświadczenia rowerowego – zadziwienie – jest czymś bardzo pożytecznym. Dla napotykanych ludzi niejednokrotnie jesteśmy tak niezwykłym zjawiskiem, iż koniecznie chcą, abyśmy zatrzymali się u nich na nocleg. Są pełni otwartości i gościnności. A dowiedziawszy się, ile kilometrów już za nami, znajdują w sobie dla nas tyle szacunku, że można niejednokrotnie zawstydzić się tym faktem.

Ta naturalność w podróżowaniu rowerem jest czymś najpiękniejszym. Z jednej strony jest bowiem sprawność w przemieszczaniu się, z drugiej zaś jest bezpośredni kontakt z otaczającym nas krajobrazem. Nic (jak choćby w przypadku jazdy na motocyklu) nie oddziela nas od niego. Można się zawsze zatrzymać, przyglądnąć, a jak trzeba to stanąć na dłużej. To także przewaga roweru nad samochodem i motocyklem. Niejednokrotnie w wielu miejscach, w których piękne widoki porażały swoją wymową – jak choćby na jakichś górskich przełęczach – dla roweru było miejsca w sam raz, a ani motor, ani samochód nie miałyby jak stanąć. Pełna swoboda…

A zobaczyć można w ten sposób niemal wszystko. Piękna miasta, tworzące niezapomnianą atmosferę uliczek i zaułków. Wspaniałe bezdroża, do których nie zajeżdża żaden autobus czy bus. Zapadające w pamięć widoki. Nawet górskie grzbiety nie muszą być zupełnie poza zasięgiem, gdyż w wielu krajach znaleźć możemy liczne prowadzące na wysokie przełęcze drogi, z których rozpościerają się w pełni górskie widoki.

Trzeba oczywiście pewnego doświadczenia. Wybieranie się samemu w sytuacji braku wcześniejszych wyjazdów może skutkować jakimiś kłopotami. Co bowiem zabrać na wyjazd? Jak się spakować? Jakie części powinny znaleźć się w naszym podręcznym serwisie? Te pytania trzeba rozwiązać. I można to uczynić na kilka sposobów. Po pierwsze (chcąc jechać samemu) można poczytać relacje z różnych forów i napisać do któregoś z uczestników rowerowej wyprawy. Po drugie można dołączyć się do jakiejś grupy i z nią nabierać swoich pierwszych doświadczeń. Po trzecie wreszcie można skorzystać z oferty jakiegoś biura podróży organizującego wyprawy rowerowe, gdzie wszystko odbywa się z asystą samochodu serwisowego. Co daje gwarancję, że w razie trudności zawsze można liczyć na fachową pomoc  podwiezienie na trudniejszych odcinkach.

Z pewnością wato jednak spróbować. Nie myśleć: „To nie dla mnie”, bo nie tacy jak Wy już próbowali i teraz nieustannie szukają okazji do rowerowych doznań. Trzeba tylko znaleźć właściwych ludzi, dobrych kompanów i otworzyć się na coś nowego i niezapomnianego. Doprawdy warto!

EPILOG

Spotkanie z nowym krajobrazem poszerza zachowane w pamięci wrażenia. Spotkanie z ludźmi przynosi nowe lekcje życia. Każde doświadczenie otwiera naszą jaźń i jakby poszerza wnętrze. Stajemy się bogatsi ludźmi i obrazami. Nie da się tego z niczym porównać. I nie da się tego posiąść teoretycznie. To, co wiąże się z podróżowaniem to coś, co staje się częścią nas poprzez doświadczenie tego. Nasze życie to ciąg obrazów. Różnych. Obrazów, które mogą mieć w sobie wiele piękna i pasji. Ale aby nas napełniły, musimy im wyjść naprzeciw. Same tego nie uczynią. Nie wejdą do naszej pamięci bez naszego przyzwolenia i naszego wyjścia ku nim. Ale kiedy już tram się znajdą, staną się nieustannym fundamentem kolejnych inspiracji, które przynoszą życiu jego największą wartość – tętno i poruszenie.

Tomasz Kapon

Panel ucznia

Nazwa użytkownika:

Hasło:

Zarejestruj się Zapomniałem hasła...
POWTÓRKA MATURALNA
ponwtśrczwptsobnie
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031 
       
     12
17181920212223
24252627282930
31      
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  
       
Szkoła języków obcych Profi-lingua