— Człowiek na smyczy czyli rzecz o manipulacji —

 

W czasach, w których wyobrażenie o świecie czerpane jest z mediów, a przekonanie iż „to, co jest w telewizji, jest prawdą” staje się czymś nie wymagającym dowodu, naiwność w podejściu do medialnych faktów staje się niemal standardem. Nawet nie mamy pojęcia, kiedy tracimy czujność i stajemy się jak osoby prowadzone na smyczy.

Nie byłoby żadnego problemu, gdyby chodziło o zwykłe bawienie się informacją dla rozrywki. Słynny iluzjonista David Copperfield w swoich pokazach dokonuje niewyobrażalnych manipulacji widzem, dzięki czemu uzyskuje efekty zapierające dech. Jednak jego działalność nie niesie nic poza faktem zaistnienia widowiskowej sztuczki. Jego celem nie jest tworzenie kontekstu dla funkcjonowania naszego życia, ale jedynie wzbudzenie samego zadziwienia czy zaskoczenia. W tym przejawia się jego sukces. Nie idzie dalej. Nie próbuje tego wykorzystać przeciwko nam. Inaczej ma się rzecz w przypadku mediów mających charakter publicystyczny. Czytając określone teksty, słuchając określonych audycji czy też oglądając któryś z ulubionych programów publicystycznych, dotykamy treści, które mają wpływa na nasze życie. Nie chodzi w nich już tylko o zaspokojenie ciekawości, ale o fakt, iż od tego, jak będziemy postrzegać zaprezentowaną rzeczywistość zależeć będzie możliwość rozwiązania tkwiących w naszym życiu publicznym problemów.

Media jednak to coś więcej niż czysta informacja. Często próbuje się nas przekonać, iż to, co otrzymujemy to PRAWDZIWY obraz świata. Prawdziwy, czyli zgodny z rzeczywistością. Jednak choćby chwila uważnego wczytania się w publicystyczne teksty czy wsłuchania w dany program ujawnia, iż każda z redakcji ma swoje nastawienie ideowe. Osoby nie są jedynie „przekaźnikami” treści, ale już poprzez sam dobór omawianych tematów w określony sposób przycinają rzeczywistość. Ujawniają, że coś bardziej, a coś mniej wzbudziło ich uwagę. I w owym „bardziej – mniej” ujawnia się nieobiektywność. Wybiórczość.

Także i to – choć jest czymś znaczącym, nie musiałoby budzić naszego niepokoju. To normalna sprawa, że ludzie dążąc nawet do obiektywności, są subiektywni, gdyż są uwarunkowani kontekstem społecznym i intelektualnym. Jednak nie bez przyczyny media nazywa się niekiedy – obok legislatywy, egzekutywy i sądownictwa – czwartą władzą. Możliwość przedstawiania wydarzeń w określony sposób, docierania z wydawanymi opiniami do społeczeństwa, wydawania wyroków, które w prosty sposób mogą prowadzić do śmierci cywilnej tej czy innej osoby sprawia, iż w rękach redaktorów pojawia się silna pokusa. Pokusa uprawiania polityki zza niewidzianej sceny swojej redakcyjnego pokoju. Pokusa niebezpieczna, gdyż korzystająca z zaufania opinii publicznej i przekonania o czystych intencjach. Niejednokrotnie wiążąca się jednak z silną ideologizacją określonych treści, która za cel główny swoich działań obiera obronę określonej wizji świata. Obronę nie cofającą się przed nadużyciami i manipulacją.

Spróbujmy przyglądnąć się dwóm najgłośniejszym przykładom ostatnich lat.

„29 stycznia 2005 r. w Gazecie Wyborczej ukazał się artykuł Wojciecha Czuchnowskiego zatytułowany <<Ubecka lista krąży po Polsce>>. Artykuł ukazywał kulisy wyniesienia z archiwów IPN-u i rozpowszechnienia wśród dziennikarzy przez Bronisława Wildsteina indeksu katalogowego archiwalnych zasobów akt Instytutu Pamięci Narodowej. Na liście – która NIE BYŁA listą tajnych współpracowników UB – znajdowało się około 240 tysięcy nazwisk, w tym m.in. mecenasa Krzysztofa Piesiewicza,  prof. Jadwigi Staniszkis, prof. Andrzeja Paczkowskiego (który wtedy już posiadał status pokrzywdzonego) i zmarłego prof. Tomasz Strzembosza. W ten sam dzień (29 stycznie) został nagrany program redaktora Jacka Żakowskiego „Summa zdarzeń” m.in. z udziałem prof. Jadwigi Staniszkis, zaś kilka godzin przed jego nagraniem red. Żakowski poinformował panią profesor że jest na liście. W tym samym czasie (jeszcze przed nagraniem) prof. Andrzej Friszke wskazał, iż po zapoznaniu się z teczką prof. Staniszkis, dane tam zawarte uprawniają ją do wystąpienia o status pokrzywdzonej.

30 stycznia 2005 r. doszło do wyemitowania dzień wcześniej nagranego programu. W trakcie jego trwania do publicznej wiadomości zostaje podana wiadomość, iż na liście (z tytułu Gazety wiemy, że „ubeckiej”) znajduje się nazwisko prof. Staniszkis. Na wizji pani profesor przeżywa dramat i szok. Obecny w trakcie programu Bronisław Wildstein zarzuca Gazecie Wyborczej manipulację i wprowadzanie w błąd poprzez określenie „ubecka lista”. Według niego miało to na celu zbudowanie odpowiedniego napięcia i pozyskanie opinii społecznej dla sprzeciwu wobec lustracji.

Dzień później – a zatem 31 stycznia 2005 r. – prof. Staniszkis oświadcza, iż przypadek dotyczący listy został zmanipulowany i osobiście udziela poparcia działaniom redaktora Wildsteina. W ten sam dzień Prezes IPN-u, prof. Leon Kieres udziela wywiadu dziennikowi „Rzeczpospolita”, w którym oświadcza, iż cały indeks katalogowy (lista) był jawny i służył jako materiał porządkujący zasoby IPN-u. Wyraził jednocześnie opinię, iż nazwanie go listą agentów czy ubecką to sprawa skandaliczna.

Reszta szczegółów dla zobrazowania tego przypadku wydaje się niepotrzebna. W czym leży istota sprawy? W tytule artykułu. Nie jest przecież bez znaczenia, iż na pierwszej stronie jednego z najważniejszych polskich dzienników umieszczono sformułowanie, które sugerowało, iż mamy do czynienia z faktem. Konstrukcja zdania nie zawierała żądnych wątpliwości. Ono jedynie stwierdzało o czymś, co JEST. Co dzieje się. Że lista ubecka. I że krąży. I jeżeli nawet kwestia krążenia okazała się faktem, to jednak to, co miało krążyć, nie było tym, o czym pisano, że krąży… Wyrażenie opinii i nadanie jej statusu faktu sprawiło, iż odbiór całego omawianego zagadnienia  w społeczeństwie był inny, niż na to zasługiwał. Bardziej radykalny. I bardziej emocjonalny.” Mało tego – atmosfera jaką stworzył ten tekst, całkowicie zaważyła na postrzeganiu samego „winowajcy” Wildsteina, jako osoby, która <<cierpi na zoologiczny antykomunizm i która w tropieniu swoich wrogów posunie się do rzeczy niecnych i złych>>.

Inną manipulacją z jaką mieliśmy do czynienia w ostatnich latach była głośna w 2008 roku sprawa aborcji dokonanej przez 14 letnią Agatę z Lublina. W dniu 7 czerwca 2008 roku ukazał się w Gazecie Wyborczej artykuł opatrzony tytułem: „Odmówili aborcji zgwałconej 14-latce”, pod którym otrzymaliśmy rzekomy opis sytuacji. Dowiedzieliśmy się zatem, iż zgwałconej dziewczynie, która chciała dokonać aborcji w dwóch szpitalach w Lublinie, odmówiono jej wykonania. Podano także informację, iż wpływ na to miał fakt, iż krok w krok za dziewczyną podążał ksiądz i działaczki z organizacji obrońców życia, którzy dodatkowo wywierali wpływ na lekarzy. Równocześnie poinformowano czytelników, iż 14-letnia Agata ma pełne prawo do wykonania legalnej aborcji, z racji, iż ciąża jest wynikiem gwałtu, co ponoć potwierdziła prokuratura w Lublinie. Za tym pakietem treści poszło dodatkowo stwierdzenie, iż dziewczyna i jej matka czuły się zaszczute, gdyż dostawały sms-y z naciskami od osób zaangażowanych w ruchy pro-life. Od razu pojawiły się też informacje, iż w całą sprawę zaangażowane jest Radio Maryja i współpracownicy Romana Giertycha.

Dwa dni później okazało się jednak, iż dziewczyna wcale nie była ofiarą gwałtu, gdyż ojcem dziecka był jej chłopak, nieznacznie od niej starszy. Dodatkowo pojawiła się informacja, iż sama Agata oponowała przed aborcją pomimo nacisku matki i organizacji feministycznych. Przedstawiono także inne fakty; mianowicie funkcjonariusze policji mieli rozmawiać z nauczycielami Agaty, którzy od matki dziewczyny dowiedzieli się o ciąży, a którzy podkreślali, iż dziewczyna chciała urodzić. Informacji tej udzielił nadkomisarz Andrzej Porczak, komendant III Komisariatu w Lublinie. Na skutek tego powstało podejrzenia, iż dziewczyna mogła być nakłaniana do przerwania ciąży wbrew jej woli. Jednak pomimo pojawiających się nowych faktów w sprawie, Gazeta Wyborcza nie uznała, iż właściwym byłoby wskazać na popełnione przez siebie nadużycia.

Efekt końcowy znamy. Uruchomiona lawina spowodowała, iż w sprawę zaangażowała się minister zdrowia, a opinii publicznej podano do wiadomości, iż pani minister osobiście dopilnuje, aby uprawnienie (?) dziewczyny zostało respektowane. Finał był taki, iż aborcji dokonano.

Sprawa rzecz jasna budziła uzasadnione emocje. Jednak jeśli zmierzyć się z problemem (bez względu na to, jakie ma się w tej kwestii poglądy), to ujawnia się fakt, iż młoda 14-letnia dziewczyna stała się ofiarą w bezpardonowej ideologicznej walce. Gdyby komukolwiek ze środowisk nawołujących do prawa do aborcji zależało na dobru dziewczyny, to wpierw wysłano by jej konkretne zapytanie o pomoc – od psychologicznej po finansową (bo może dziewczyna naprawdę nie chciała aborcji), a dopiero po upewnieniu się, że jednak chce, a jej prawa są ograniczane, dokonano by walki na rzecz jej uprawnień. Tak się jednak nie stało. Najprawdopodobniej nie chodziło bowiem o żadne dobro dziewczyny, ale o bezwzględną walkę. O walkę na rzecz tworzenia określonych zmian społecznych. Problem w tym, iż każdemu, komu NAPRAWDĘ zależało na życiu tej dziewczyny, zanim z oślepieniem zaczął wymierzać medialne ciosy (padające w tego typu wojnach z obu stron), powinien podjąć wysiłek na rzecz dotarcia do samej pokrzywdzonej. To byłby realny akt troski i zainteresowania.

Przykład opisany powyżej pokazuje w jaki sposób odpowiednia „reżyseria” publicystyczna może zmieniać znaczenie zdarzeń. Upublicznienie listy katalogowej IPN poprzez odpowiedni tytuł i konstrukcję materiału prasowego, zostało odebrane przez osoby ufające przekazowi Gazety Wyborczej jako dowód na to, iż rzecznicy lustracji mają złe intencje i w realizowaniu swoich celów politycznych posuną się do niszczenia ludzi niewinnych. W drugim przypadku podanie w emocjonalnym tonie nieprawdziwych informacji na temat okoliczności związanych z sytuacją 14-letniej Agaty sprawiło, iż czytelnicy Gazety Wyborczej otrzymali dowód na to, iż za działaniami pro-life stoją nieczyste metody (nachodzenie skrzywdzonej dziewczyny i wymaganie od niej rzeczy ponad jej siły). Analizując je wydaje się, iż redaktorzy zdają się mówić: „Jeśli jesteś po naszej stronie i reprezentujesz właściwe poglądy, masz prawo robić, co chcesz.” Problem jednak w tym, iż poprzez taką filozofię działań publicznych wszyscy jako społeczeństwo stajemy się zakładnikami powszechnej manipulacji. A zatem zostajemy ubezwłasnowolnieni. Jeśli bowiem podejmujemy decyzję w oparciu o nieprawdziwe dane, wtedy nasza suwerenność okazuje się iluzją.

Jak pisze w swoim tekście z kwartalnika Ethos znany medioznawcza Maciej Iłowiecki, „pojęcie manipulacji nie jest jednoznaczne i różnie bywa definiowane. Są to takie sposoby oddziaływania na jednostkę albo grupę (czy całe społeczeństwo), które powodują zmianę poglądów i postaw w kierunku pożądanym przez manipulatorów, i dokonywane poza świadomością manipulowanych. Manipulacja jest więc działaniem ukrytym.” Ważne jest przy tym to, iż „nie każde działanie perswazyjne, nie każde przekonywanie do czegoś jest manipulacją. Nie będzie nią pod warunkiem, że będzie jawne.” Powstaje też ważne pytanie: „Czy media są wobec odbiorców służebne – w tym sensie, że pomagają w wyrobieniu poglądów o rzeczywistości, które to sądy podejmujmy samodzielnie? Czy też nasze opinie, postawy i zachowania kształtuje za nas ktoś inny (właśnie za pomocą mediów), a my rzadko zdajemy sobie z tego sprawę? W jakim stopniu jesteśmy podmiotem, a w jakim przedmiotem działań? Czy podatność na wpływ mediów i wielorakie działania perswazyjne, którym one służą, jest wszechobecna i pozostawia nas bezbronnymi? Czy ulegamy, nie zdając sobie z tego sprawy, właściwościom samego środka przekazu?”

Te pytania wydają się stanowić fundament suwerenności intelektualnej. Czy jednak istnieje jakaś możliwość bronienia się przed przekazem, który w utajony sposób manipuluje mną? To – z racji rozległości kwestii – temat na zupełnie inny artykuł.

Zacytowany fragment pochodzi z książki: Trener – wiedza o społeczeństwie, analiza tekstów źródłowych, wydanej nakładem Wydawnictwa Szkolnego PWN.

Krzysztof Kuźniar

 

Panel ucznia

Nazwa użytkownika:

Hasło:

Zarejestruj się Zapomniałem hasła...
POWTÓRKA MATURALNA
ponwtśrczwptsobnie
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031 
       
     12
17181920212223
24252627282930
31      
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  
       
Szkoła języków obcych Profi-lingua